Osiedlove#17 Michał Anioł

Co jeszcze?! To była pierwsza myśl, kiedy zobaczyłam policyjny lizak nakazujący zjazd na pobocze. Za szybko jechałam, gdzie był znak stop, przejechałam na czerwonym, nie włączyłam świateł, co znowu dziś zrobiłam nie tak? Zatrzymałam samochód i wcisnęłam guzik. Okno powoli zaczęło się otwierać, a ja w pośpiechu szukałam w torebce portfela z dokumentami. Nie mam ochoty na uśmiechy, maślane oczy, głos niewiniątka, czarowanie i teksty w stylu: Panie Władzo, może upomnienie, obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Co to, to nie.

– Ile mnie to będzie kosztowało? – pytam, odwracając się w stronę otwartego okna.

– Ale co? – pewny, męski głos rozbrzmiewał wyjątkowo przyjemnie.

Zaskoczona zmrużyłam oczy, starałam się złapać ostrość. Nad głową policjanta błyszczała świetlista aureola. Światło rzucała pobliska latarnia.

– Anioł!

– Nie, aspirant Michał Kopeć. Dzień dobry, dokumenty poproszę.

– Poproszę o mandat, przyznaję się do wszystkiego.

– A mianowicie do czego się pani przyznaje?

– Do tego, co zrobiłam, czego nie zrobiłam, albo co za chwilę zrobię.

– Dobrze, w takim razie zatrzymuję prawo jazdy, dowód rejestracyjny, auto i wypisuję mandat w wysokości 10 tys. złotych.

– Proszę tylko dać mi chwilę, bo nie będę miała czym wrócić do domu, muszę zamówić Ubera.

Wzięłam telefon i otworzyłam aplikację.

– Co pani robi?

– Zamawiam Ubera.

– Proszę zostawić, żartowałem. To rutynowa kontrola, nie złamała pani przepisów, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Dobrze się pani czuje?

Musiałam chwilę przetrawić, co się wydarzyło, co powiedział anioł w policyjnej czapce. Powoli zaczęło do mnie docierać, jak to wygląda z jego strony. Zatrzymuje się jakaś wariatka, mówi, że jest aniołem, przyznaje się do złamania przepisów, których nie złamała, chce oddać samochód, 10 tys. złotych i uciekać Uberem. Zaraz dostanę alkomat do dmuchania, zrobi mi test na obecność narkotyków albo uzna za obłąkaną.

– Przepraszam, miałam trudny dzień. Chciałabym, żeby się jak najszybciej skończył. Może dziś jest jakiś Międzynarodowy Dzień Domina i wszystko się sypie. Element po elemencie, calutki plan wziął w łeb.

– To trzeba zrobić nowy, widocznie poprzedni nie był idealny. Zawsze trzeba mieć plan B. Proszę poczekać w samochodzie i nie robić żadnych głupot, idę sprawdzić pani dokumenty.

W poczuciu całodziennej beznadziejności przynajmniej przystojny policjant mi się trafił. Nie wiem, jak to jest z umawianiem się z policjantami na służbie. Można, nie można, legalne to? Sprawdzę. Wpisałam w Google: czy policjant może umawiać się z kobietami podczas służby. Chyba nie jest zabronione, skoro nic nie ma na ten temat. Chyba mnie za to nie zamknie w więzieniu.

Byłam tak skupiona na wertowaniu informacji, że nie zauważyłam policjanta, który z zaciekawieniem przyglądał się przez okno ekranowi mojego telefonu.

– Może będzie prościej, jak wpisze sobie pani numer i zadzwoni do mnie za dwie godziny? Będę już po służbie.

– Czy jest jeszcze jakaś wtopa, którą mogę przy tobie, przepraszam przy panu, zaliczyć?

– Dokumenty są w porządku, może pani jechać. Tylko proszę się skupić i najlepiej jechać prosto do domu. Zalecam spacer, lepiej się myśli na powietrzu, dobre rozwiązania przychodzą do głowy.

– Może pomyślimy razem?

O matulu, czy ja naprawdę to powiedziałam na głos? Co jest ze mną dzisiaj. Chyba jestem w tak beznadziejnej sytuacji, że jest mi już wszystko jedno.

– Po służbie pani Joanno, po służbie.

Podyktował mi numer. Powtórzyłam dla pewności, że niczego nie pomyliłam. Numer do policji zawsze się przyda.

– Jak mam pana zapisać?

– Jak to jak-Anioł, Michał Anioł.

– Masz na imię Michał? Ma pan na imię Michał? No tak, aspirant Michał Kopeć.

– Do usłyszenia za dwie godziny.

Zamknęłam okno i ostatni raz na niego spojrzałam. Z uśmiechem pomachał mi na pożegnanie. Ostrożnie ruszyłam, żeby znowu się z czymś nie wygłupić.

Kiedy wreszcie dotarłam do domu, zrzuciłam z siebie szpilki, żakiet, jeansy i zamieniłam na miękki dres. Związałam włosy w luźny kucyk, wyjęłam butelkę zimnej wody z lodówki, wyszłam na balkon i wyciągnęłam się na ledwo mieszczącej się na nim kanapie. Mała, ale wygodna. Przymknęłam oczy i zapytałam sama siebie: Co dalej pani Joanno, co dalej?

Kiedy się ocknęłam, było już ciemno. Matko i córko zasnęłam, która jest godzina? Co za różnica, nigdzie mi się nie spieszy, jestem skazana na samotne wieczory. Wstałam po koc i zgarnęłam z blatu telefon. Wróciłam na balkon. Piękny wieczór, rozgwieżdżone niebo i subtelne odgłosy miasta, będę za tym tęsknić. Gdzie mi będzie lepiej? Trzeba wziąć się w garść i zacząć się organizować od początku. A niech tam, zadzwonię do pana mądrali, niech mi pomoże z tym planem B. Odebrał po dwóch sygnałach.

– Cześć Aniele, to jak pomożesz z tym planem?

– Ty wiesz, że już wysyłałem patrol policyjny i list gończy za tobą? Dwie godziny minęły dwie godziny temu.

– Już nie bądź taki szczegółowy. Jesteś głodny?

– Ja zawsze jestem głodny, co proponujesz?

– Wyślę ci adres sms, wpadnij. Ja w tym czasie zamówię coś do jedzenia. Masz ochotę na coś szczególnego?

– Żadnych sushi i robaków z morza.

– Pizza?

– Idealnie.

Nie wiedziałam, co lubi, ale zdążyłam się zorientować, że nie je owoców morza i morskiej surowizny. Zamówiłam cztery różne, każda połówka z czymś innym. Zaczęłam nerwowo kręcić się po mieszkaniu. Szybko wrzuciłam kubki do zmywarki, przetarłam blat w kuchni, poprawiłam poduszki na kanapie. Zajrzałam do łazienki, ale tam wszystko było tak, jak być powinno. Łazienka to takie miejsce, gdzie zawsze muszę mieć porządek. Żadnej plamki od wody na lustrze, zwiniętego ręcznika, resztek pasty do zębów w umywalce. Musi błyszczeć i już. Zdążę jeszcze się przebrać? Nie zdążę, bo właśnie w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Minęło zaledwie pół godziny i przed moimi drzwiami stanął pan policjant z czterema pizzami.

– Zamówiłaś dla wszystkich sąsiadów?

– Okradłeś dostawcę pizzy?

– Przejąłem na dole, po co ma biedaczyna wchodzić na drugie piętro. Taki ze mnie anioł.

– Zapraszam, nie stój w progu.

– A gdzie napiwek?

Cmoknęłam go w policzek. Totalnie się tego nie spodziewał. Pan władza się zarumienił, no kto by pomyślał. Z lodówki wyjęłam piwo i wino. Pytająco uniosłam butelki do góry. Wskazał na piwo. Dobry wybór, nie przepadam za winem. Ogólnie alkohol mógłby dla mnie nie istnieć, ale akurat pizzę lubię łączyć z kilkoma łykami piwa. Zwłaszcza późną wiosną i latem, kiedy na dworze jest już ciepło, a nadmiar wypitej w ciągu dnia wody wylewa mi się już uszami.

– Wolisz zjeść w środku czy na balkonie? Tu i tu jest mało miejsca.

– Wyjdźmy na zewnątrz i rozwiążmy wszystkie twoje problemy.

Usiedliśmy obok siebie ramię w ramię. W zasadzie pośladek w pośladek, ta kanapa przewidziana jest chyba dla półtorej osoby. Jedliśmy pizzę, popijaliśmy piwo i rozmawialiśmy o wszystkim. Z poważnych spraw, opowieści z dzieciństwa, rodzinnych anegdot, przechodziliśmy na totalne głupoty. Okazało się, że oboje lubimy opowiadać dowcipy.  Ani przez chwilę nie było niezręcznej ciszy, naprawdę dobrze nam się gadało.

– No to, co cię trapi? Jak cię zatrzymałem wyglądałaś, jakby cały świat ci się zawalił.

– Może trochę dramatyzowałam, ale faktycznie dzisiaj sporo spraw poszło zdecydowanie nie po mojej myśli. Teraz czuję, że jednak nie jest aż tak tragicznie, a nawet całkiem nieźle. Dobra to zróbmy tak, ja powiem, o co chodzi, a ty wymyślasz plan B. Szybko i sprawnie przebrniemy przez dzisiejszą serię nieszczęść.

– Przyjmuję wyzwanie.

Zanim zaczęliśmy, sprzątnęłam kartony z resztkami pizzy, ze stolika, przyniosłam koc, który zdążyłam w ferworze szybkich porządków wynieść do pokoju.  Wzięłam jeszcze jedno piwo dla Michała i szklankę wody dla mnie. Zapaliłam dwie latarenki ze świecami i ledowe lampki, o których całkowicie zapomniałam. Na balkonie zrobiło się jeszcze przyjemniej jakby romantycznie. Wgramoliłam się na kanapę, przykryłam nas kocem i zaczęłam.

1.

– Poproszę plan B na wyrzucenie narzeczonego z domu.

– Po co ci on, skoro masz już nowego-odpowiedział bez namysłu, unosząc prawą brew i szturchając mnie łokciem. Już się we mnie zakochałaś, czy potrzebujesz jeszcze kilku minut?

– Jeszcze raz spojrzysz na mnie z tym swoim uśmiechem, to jutro będziesz rezerwował termin w Urzędzie Stanu Cywilnego.

– Czyli załatwione, co masz dalej na swojej liście?

2.

– Poproszę plan B na zarezerwowany i opłacony wyjazd z eksnarzeczonym do Meksyku?

– Kto za niego zapłacił?

– On. To był prezent dla mnie na urodziny.

– I w czym problem, leć bez niego i baw się dobrze. Na pewno masz przyjaciółkę, która spakuje się w godzinę i z dziką radością będzie ci towarzyszyć. Wystarczy tylko „przebukować” lot. Akceptujesz?

– Tak, odhaczam.

Szybko nam idzie. Wychodzi na to, że wystarczy spojrzeć z boku i problem przestaje być problemem. Może to kwestia odpowiedniej osoby, która u tego boku jest, jej zainteresowania, chęci dowiedzenia się, co idzie źle i widzenie czegoś więcej niż czubek własnego nosa.

3.

– Poproszę plan B na wypowiedzenie umowy wynajmu mieszkania, którą dzisiaj otrzymałam.

– Wolisz mieszkać w domu czy w bloku?

– Co za pytanie, wiadomo, że w domu.

– Mogą być Kamionki?

– Bez znaczenia. Mogą.

Michał wyjął telefon, przez chwilę z kimś rozmawiał. W międzyczasie zapytał mnie tylko, czy mogę jutro o 13:00 obejrzeć dom. Kiwnęłam głową i zaraz po tym pomyślałam, że mnie nie stać na dom. Mam stałą pracę, nieźle zarabiam, ale sytuacja się skomplikowała. Teraz nawet nie wiem, czy dostanę jakikolwiek kredyt na cokolwiek, a nawet jeśli  to rata kredytu mnie zabije. Owszem miałam, a raczej mieliśmy, w planach kupno domu, ale wtedy miałam narzeczonego, zupełnie inne plany, koszty się rozkładały i wszystko wydawało się realne.

– Halo tu ziemia, gdzie odpłynęłaś?

– Słuchaj, dziękuję, że chcesz pomóc, ale nie stać mnie na wynajęcie domu. Przypominam, że od rana jestem singielką.

– Ustaliliśmy już, że nie jesteś singielką – zażartował, a mi zrobiło się jakoś lżej. Znajomy buduje nowe domy i właśnie wprowadził opcję wynajmu. Możesz sobie spokojnie mieszkać przez dwa lata w nowiutkim, wykończonym domu, płacić miesięcznie określoną kwotę, a po upływie tego czasu kupujesz ten dom. Część wpłaconych przez ciebie pieniędzy, nie wiem ile dokładnie, obniża wartość sprzedaży. Sam intensywnie zastanawiam się nad takim rozwiązaniem. Zawsze chciałem mieszkać poza miastem, blisko lasu, mieć kawałek ogrodu, ciszę i spokój. Wiesz, co jest najlepsze?

– Co?

– Ceny wynajmu tych domów są porównywalne z cenami małych mieszkań w Poznaniu. Chętnie jutro zobaczę, jak to wygląda i czy faktycznie mi się opłaca. Jedziesz ze mną?

– Skoro nalegasz, nie mam nic do stracenia.

– Cóż za optymizm.

Chyba trochę dotknęła go moja odpowiedź. Przeprosiłam, starałam się wytłumaczyć i przywrócić przyjemną atmosferę sprzed kilku minut.

– Chodziło mi o to, że muszę racjonalnie planować swoje życie i wydatki. Sam koszt wynajmu to nie wszystko, dochodzą rachunki i codzienne koszty utrzymania. Nie mogę władować wszystkich oszczędności i znaczącej części pensji w dom.

Michał był wyrozumiały i spokojnie podszedł do tematu. Starał się wytłumaczyć plusy takiego rozwiązania i powoli pomysł wynajęcia domu coraz bardziej mi się podobał. Jeśli faktycznie dzięki fotowoltaice, rekuperacji, pompom ciepła faktycznie na koncie zostaje mi kilka stówek i nie dostanę tak modnych teraz rachunków grozy, to może warto zgłębić temat. Jutro wszystko się wyjaśni.

– To co, masz jeszcze ochotę rozwiązywać kolejne moje problemy?

– Dawaj, pozwól mi się wykazać.

4.

– Poproszę plan B na tygodniową opieką nad psem rodziców, którzy wyjeżdżają na urlop.

– Masz alergię, psią fobię, czy co? Psy są ekstra, dlaczego nie chcesz?

– Bo to Berneński Pies Pasterski? Pół roku temu był słodkim szczeniaczkiem, teraz jest prawie niedźwiedziem z energią ogiera i wieczną ochotą na zabawę. Widzisz w tej klitce miejsce dla niedźwiedzio-konia? Rozniósłby to mieszkanie i z kaucji zwrotnej nici.

– No widzisz, gdybyś miała dom pies, miałby dużo miejsca. Spakuj walizkę i przenieś się na tydzień do rodziców. Zmiana otoczenia dobrze ci zrobi.

– Będziesz wpadał na spacery z Bambi?

– Pod warunkiem, że na tydzień nadamy mu imię godne Berneńskiego Psa Pasterskiego.

– Co proponujesz?

– Na pewno coś spoza Disneya. Może Be, jak plan B?

– Mamy to.

5.

– Następny plan B poproszę na szefową, która robi wszystko, żeby się mnie pozbyć.

– Aresztuję ją.

– Podoba mi się.

W sumie fajnie byłoby mieć faceta policjanta. Policjant-brzmi groźnie, wygląda jak milion dolarów, potrafi rozwiązywać problemy, ewidentnie mu się podobam i z każdą minutą przyciąga mnie do niego coraz bardziej. Może ten dzień wcale nie skończy się tak źle, jak się zapowiadał. Zwłaszcza że jest już środek nocy.

6.

– Masz coś jeszcze? Tylko daj coś trudniejszego.

– Plan B na ważnego klienta, który nie odbiera ode mnie telefonu. Zależy od niego moje być albo nie być w firmie.

– Znajdź nowego klienta albo nową pracę.

– Że też na to nie wpadłam. Tobie wszystko tak łatwo przychodzi?

– Nie przejmuję się rzeczami, na które nie mam wpływu. Poza tym zawsze mam plan B.

– No tak…

7.

– Masz plan B na moje dalsze życie?

– Serio muszę się powtarzać?

– To znaczy?

– Już masz nowego, bardzo mądrego, przystojnego, zabawnego narzeczonego z policji. Za miesiąc jedziesz na wakacje z przyjaciółką, a po powrocie wynajmujemy domy obok siebie. Za dwa lata bierzemy ślub, kupujemy te domy i je łączymy albo zamienimy na jeden większy. W piątek przenosisz się na tydzień do rodziców i chodzisz na długie spacery z Be, no i ze mną oczywiście. Od jutra szukasz nowego klienta, w tym czasie twoja szefowa siedzi za kratami. Teraz dwaj buzi. Muszę lecieć, jest już strasznie późno. Masz przewagę, bo wyspałaś się na balkonie. Do jutra! Widzimy się o 13:00 w Kamionkach, wyślę ci adres sms.

Pocałował mnie, uśmiechnął się szeroko, wstał z kanapy i wyszedł. Siedziałam zaskoczona i trochę zawiedziona, że sobie poszedł. Starałam się pozbierać myśli i poskładać, co tu się właśnie wydarzyło. Od wnikliwej analizy oderwało mnie pikanie telefonu. Na wyświetlaczu pojawił się Michał Anioł: „Osiedle Koncept Kamionki, biuro sprzedaży Laskowa 50, godz. 13:00. Nie mogę się doczekać. Pchły na noc! <3″

Bez namysłu odpisałam: „Po co nam dwa domy? Wynajmijmy jeden. :*”

 

E-book ze wszystkimi historiami Osiedlove

Wolisz w wersji papierowej? Napisz do nas: marketing@tefrahouse.pl ?

 

Bartosz Wrzesiński o sytuacji na lokalnym rynku nieruchomości

Wojna, galopująca inflacja, rosnące stopy procentowe, problemy ze zdolnością kredytową, zaciskanie pasa przez Polaków, strach przed kolejną wizycie w sklepie i kwotą na paragonie. Jak to wszystko przekłada się na rynek nieruchomości, opowiada Bartosz Wrzesiński – dyrektor zarządzający Tefra House.

– Jest tak źle, jak krzyczą nagłówki? Dni deweloperów są policzone?

Nie ma co ukrywać, sytuacja nie jest różowa. Porównując do tego, jak słupki sprzedażowe rosły jeszcze rok temu, teraz obserwujemy widoczny spadek.

– Czyli Polacy nie chcą kupować domów?

Właśnie chcą. Chcieliby, ale nie mogą. To nie jest tak, że nagle zamilkły telefony w naszym biurze sprzedaży. Chociaż na chwilę tak, na jakiś miesiąc po wybuchu wojny w Ukrainie. Później powoli zainteresowanie wracało. Są telefony, maile z pytaniami, spotkania. Nie możemy generalizować. Są osoby, które mają pieniądze i mogą sobie pozwolić na zakup domu w tych niepewnych czasach. Mało tego. Właśnie teraz widzą dla siebie okazję. Spodziewają się, że jak sytuacja chociaż delikatnie się zmieni i znowu zdolności kredytowe się unormują, to ceny domów i mieszkań poszybują w górę. Czy tak będzie, nie wiem.

– Wychodzi na to, że tylko ci z grubymi portfelami i pokaźnymi oszczędnościami mogą pozwolić sobie na zakup nieruchomości.

I znowu jest to za duże uogólnienie. Faktycznie zmienił się wachlarz klientów. Ludzie chcą kupować domy, ale muszą kombinować, żeby ominąć konieczność zaciągnięcia kredytu hipotecznego. Ci, którzy jeszcze niedawno mieli zdolność kredytową na ponad milion złotych, teraz jej nie mają albo zdecydowanie mniejszą z trzykrotnie większą ratą. To dla nich kubeł zimnej wody i sygnał, że teraz warto obniżyć swoje oczekiwania.

– Albo przeczekać.

Na dniach otwartych, które mieliśmy niedawno, odwiedzili nas klienci, którzy żałują, że odwlekali swoją decyzję. Kiedy rok temu ruszaliśmy z budową Osiedla Koncept, wszystko im odpowiadało. Byli prawie zdecydowani na dom w Kamionkach, finansowo też było wszystko w porządku. Jednak odsunęli swoją decyzję o zakupie domu. Powód? Chcieli poczekać, aż oddamy domu z pierwszego etapu, zobaczą, jak wyglądają na żywo i wrócą (lub nie).

Mówisz, że wrócili. To w czym problem?

W tym, że po pierwsze dom, którym byli zainteresowani, jest już droższy. Podpisując wtedy umowę rezerwacyjną, cenę mieliby zagwarantowaną. Nie mają o to do nas pretensji. Wszyscy zdają sobie sprawę, jak wyglądają teraz ceny materiałów budowlanych. Zresztą nie tylko budowlanych. Bądźmy szczerzy. Nie ma cen, które by nie wzrastały. Po drugie nie mają już zdolności kredytowej pozwalającej na sfinansowanie domu o powierzchni 140 m2.

– Czyli obejrzeli i odeszli z niczym.

Właśnie chciałem przejść do: „po trzecie”. Po trzecie przyznanie się, do tego, że nie stać ich na dom, a rok temu mogli go mieć, na tyle ich zezłościło, że zaczęli analizować sprzedaż swojego mieszkania w Poznaniu i zakup najmniejszego, a tym samym najtańszego domu na naszym osiedlu. Wyobraź sobie, jak ta złość musiała być duża, że biorą pod uwagę zamianę 100- metrowego mieszkania na 77- metrowy dom. Po co to robią? Chcą sobie udowodnić, że mogą spełnić marzenie o domu i własnym ogródku. Nie chcą już czekać. Jak sytuacja się zmieni, będą myśleć o czymś większym. Poza tym w tym momencie koszty utrzymania takiego domu są mniejsze niż mieszkania. Fotowoltaika, pompa ciepła, rekuperacja, brak czynszu, to wszystko pozwala zaoszczędzić naprawdę duże kwoty związane z rachunkami za prąd czy ogrzewanie.

– Podziwiam za odwagę i determinację, oby im się opłaciły. Wróćmy jeszcze do kondycji deweloperów. Wychodzi na to, że jednak sprzedajcie.

Zdecydowanie nie jest to sprzedaż na poziomie 2021 roku, kiedy to po targach mieszkań, musieliśmy przyspieszać kolejny etap, bo zainteresowanie było tak duże, że mieliśmy listy rezerwowych. Ale odpowiadając na Twoje pytanie, tak sprzedajemy. Natomiast procesy decyzyjne klientów są dłuższe i tu przewagę dają nam terminy odbiorów, które planowane są dopiero za rok lub w przypadku kolejnych etapów jeszcze później, a co za tym idzie wydłużone harmonogramy płatności.  Poza tym na bieżąco modyfikujemy ofertę i dynamicznie dostosowujemy do poziomu zainteresowania klientów. Teraz, jest czas dla największych domów wolnostojących, w naszym przypadku to Cassiopeia 193 m2 i dla domów najmniejszych dwulokalowych Dorado 77 m2.  Tak zwane średniaki na chwilę odsuwamy na bok. Wierzymy, że za chwilę wrócą do gry, potrzebują tylko trochę czasu.

– Ile według ciebie to jest „trochę czasu”?

Tego nie wiem. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy świat powróci do normalności. Jak to mówią, wiosną wszystko nabiera jaśniejszych barw.

– Deweloperzy to przetrwają? Znasz branżę, pewnie orientujesz się, jak to wygląda u konkurencji.

Tak, jak w każdej branży przyszedł czas na oszczędności, dokładną analizę zysków i strat oraz pełną gotowość do reagowania na to, co dzieje się na rynku. Pandemia mimo wszystko okazała się dla nas łaskawa. Był chwilowy przestój, ale po tym, jak COVID przestał być tak bardzo groźny, ludzie zapragnęli większych mieszkań i domów z ogródkiem poza granicami dużych miast, docenili bliskość natury i nauczyli się pracować zdalnie lub hybrydowo. To by bardzo dobry czas dla deweloperów, mniejszych i większych. Ci, którzy dobrze wykorzystali tamten czas, to sobie poradzą. Ale z pewnością nie jest to odpowiedni moment na ryzykowne inwestycje i niepewne projekty.

– Jak jest Twój sposób na przetrwanie?

Kilka kwestii już wymieniłem. Od początku. Wchodziliśmy na rynek z Osiedlem Koncept z pełnym przekonaniem, że to coś wyjątkowego, coś co skradnie serca klientów. Domy z kilkoma układami do wyboru, narzędzie umożliwiające dokładne przeanalizowanie tych układów, wyceniające wartość domu, koszty jego utrzymania, pokazujące szereg dodatków wpływających na ekonomiczność, energooszczędność i ergonomiczność domów.

Nie zamykaliśmy się na jeden czy dwa projekty. Chcieliśmy dać klientom wybór i wybudować im dom, jakiego potrzebują. To od początku było strzałem w 10. Nie ukrywam, że obecna sytuacja wymusiła (a może pokazała nam, że warto) na nas jeszcze bardziej elastyczne podejście. Chcesz ten dom, na tamtej działce, który będzie oddany za półtora roku? Wolisz bez bramy, z szerszymi miejscami postojowymi? W miejscu garażu chcesz dwa pokoje? Wynajem zamiast kupna? Kiedyś może uznałbym, że to strata czasu, za dużo zmian, za dużo pracy, nie opłaca się. Teraz staramy się sprawdzić, jakie mamy możliwości i znaleźć rozwiązanie korzystne dla obu stron. Wiem, że takie podejście się opłaci i zaprocentuje w przyszłości. Cały zespół to rozumie. Dlatego jestem pewny, że to się uda. A te czarne chmury nad deweloperami są tylko przejściowe.

– Marzyciel?

Pomimo tego, że spełniamy marzenia klientów o własnym domu, zawodowo wolę określenie realista.

 

koncept-tefrahouse.pl

 

 

 

Może później ten kredyt… Niekoniecznie

Jest wiele czynników, które sprawiają, że coraz częściej odkładamy realizację marzeń na później. Analizujemy, kalkulujemy, przedłużamy i trudniej niż wcześniej przychodzi nam wypowiedzenie ostatecznego „tak” albo „nie”. W przypadku zakupu domu to bardzo dobra droga, zwłaszcza że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych nie sprzyja klientom.

Wszystko wiemy i rozumienie. Tym bardziej cieszymy się, że możemy podzielić się dobrą informacją z bankowego podwórka.
Od wielu lat współpracujemy z Poznańskim Bankiem Spółdzielczym, który przygotował propozycję dla swoich klientów, czyli jednocześnie dla naszych klientów.
Bank proponuje kredyt z bardzo konkretną promocją. Otóż kredytobiorcy mogą liczyć na obniżoną stawkę WIBOR o 50% przez okres dwóch lat, co znacząco obniża wysokość rat. Mówi się, że za jakiś czas WIBOR zniknie, co w takiej sytuacji?
W przypadku zastąpienia w okresie promocyjnym stawki WIBOR inną stawką bazową, zostanie zastosowana 40 % zniżka względem nowego wskaźnika, co daje klientom bezpieczeństwo, stabilność kredytowania i duże oszczędności.

Promocja „Tniemy Wibor” zakłada również bardzo dobre warunki cenowe udzielania kredytu jeśli chodzi o marżę:

  • 1,79 p.p – min. przy 30% wkładu własnego;
  • 2,09 p.p. – min. przy 20% wkładu własnego;
  • 2,39 p.p. min. przy 10% wkładu własnego.

Dodatkowo w przypadku skorzystania z ubezpieczenia proponowanego przez bank, marża może ulec pomniejszeniu o 0, 1 p.p. przy skorzystaniu z ubezpieczenia nieruchomości lub 0, 2 p.p. przy skorzystaniu z ubezpieczenia na życie. Jeżeli bank nie będzie wymagał ubezpieczenia na życie obniży marżę automatycznie.

Tutaj znajduje się przykładowa symulacja rat kredytów dla wybranych domów na Osiedlu Koncept. Z informacji uzyskanych od naszych klientów, którzy zdecydowali się na skorzystanie z promocji „Tniemy WIBOR” wynika, że wyliczona rata kredytu w PBS jest zdecydowanie mniejsza w stosunku do ofert innych banków.
W pierwszym przypadku rata spadła z 2900 na 2100 zł miesięcznie, natomiast w drugim z 4900 na 2900 zł miesięcznie.

Podpowiadamy, nie namawiamy. Z tego, co mówią przedstawiciele Poznańskiego Banku Spółdzielczego, to najlepsza oferta na rynku, dzięki której możliwe jest spełnienie marzeń o własnym domu, np. na Osiedlu Koncept.

Zachęcamy do zapoznania się z regulaminem promocji. Wszystkich szczegółowych informacji z przyjemnością udzielą konsultanci Poznańskiego Banku Spółdzielczego.

Pobierz symulację rat kredytów dla wybranych domów na Osiedlu Koncept

Osiedlove #11: Nigdy nie jest za późno

Rodzice mnie zabiją. Mam 42 lata, a boję się ich powrotu do domu. Wyjechali na wakacje, miałam karmić kota, podlewać kwiaty, zamieść igły spod choinki. Jak na dorosłą córkę przystało, miałam się zająć się ich pięknym, nowiutkim domem.

Odkąd zamieszali na tym osiedlu, wstąpiło w nich coś niesamowitego. Nagle znowu zaczęli się uśmiechać, spotykać ze znajomymi, wyjeżdżać na weekendy, a teraz wybrali się na trzy tygodnie na Bali.
Kiedy zakomunikowali, że postanowili się przeprowadzić, nie byłam zachwycona. Chcieli zamienić swoje 60-metrowe mieszkanie na ponad 150-metrowy dom. Normalnie w ich wieku, ludzie zamieniają większe na mniejsze, a nie odwrotnie. Upewniałam się, czy na pewno to przemyśleli, kto będzie sprzątał te komnaty, kto zajmie się ogrodem, odśnieżaniem? Utrzymanie takiego domu to jednak sporo pracy. Plus był taki, że zdecydowali się zostać w Kamionkach, a nie wyprowadzić na drugi koniec Polski.

Zawsze marzyli o domu, ale nie rozumiałam ich decyzji. Z drugiej strony nie było sensu dyskutować, bo byli tak nakręceni i szczęśliwi, że odpuściłam.
Okazało się, że koleżanka mamy podrzuciła im folder dewelopera, od którego jej syn kupił dom. Sama też zastanawiała się nad przeprowadzką. Pani Zosia rzuciła na szybko, że jeśli moi rodzice się zdecydują, to oni z mężem też kupią tam dom. Nagle tacie się przypomniało, że kolega, z którym kiedyś pracował, w trakcie przypadkowego spotkania wspominał, że rozgląda się za domem, bo ma dosyć mieszkania w bloku. Zadzwonił do niego i na szybko opowiedział o genialnym, w ich mniemaniu, pomyśle.

Zamieszkajmy wszyscy na wypasionym osiedlu, będzie ekstra. No ludzie! Przecież takie rzeczy to tylko w filmach się dzieją. Seniorzy nagle postanawiają podbijać świat, realizować ekstremalne marzenia i wydawać wszystkie oszczędności na imprezy.
Tylko wiecie, co jest najlepsze? Cała szóstka (moi rodzice, pani Zosia z mężem, kolega taty – Marek z żoną) podpisali umowy. Kupili trzy domy.

Mało tego. Postanowili to uczcić i wyjechali na weekend nad morze do Władysławowa. Wybrali jeden z najlepszych hoteli. Dlaczego? Bo im pasował do domu.
– Jak hotel może pasować do domu? – pytałam.
– Jak ty nic nie rozumiesz. Kupiliśmy dom na gwiezdnym Osiedlu Koncept. To dom pod szczęśliwą gwiazdą – Andromeda – tłumaczył mi tata. Chcemy świętować w miejscu, które jest równie piękne. Znaleźliśmy najwyżej klasy hotel. Zgadnij, jak się nazywa?
– Czy wy zwariowaliście? Szukacie hotelu po nazwach?
– Trzeba mieć fantazję córcia. Jedziemy do Gwiazdy Morza!
– A jedźcie, gdzie chcecie. Możecie mi tam kupić dom albo wykupić wakacje. Skoro już napadliście na bank i zostaliście milionerami, nie ma sensu się ograniczać.

Jedyne czego mi brakowało, żeby tata powiedział: „jaram się na maxa, będzie czadowo”.
W każdym razie pojechali wszyscy, bawili się przednio. Gwiazda Morza stała się ich drugim domem. Proponowali mi kilka razy, żebym się z nimi wybrała, ale się bałam. Mama wysyłała mi zdjęcie kolorowych drinków, pozowała w jacuzzi, w szlafroku w spa, tata z „chłopakami” z restauracji.
Cieszyłam się, że dobrze się bawią. Powoli się oswajałam, że rodzice prowadzą barwniejsze życie towarzyskie od mojego.

Wracając do nowego domu…
To były pierwsze święta w nowym miejscu. Dziwne uczucie. Od zawsze ten czas wyglądał u nas tak samo. Nie umawialiśmy się, bo z góry było wiadomo, że spotykamy się u rodziców o 18:00 i zostajemy z bratem przez całe święta. Oboje jesteśmy zapracowanymi, bezdzietnymi singlami, których związki się kończą, zanim minie pół roku.
W każdym razie święta to czas bez pracy, bez służbowych telefonów i maili. Jemy, gadamy, gramy w planszówki, oglądamy filmy i wylegujemy się na kanapie. Tak było i tym razem.
Z jedną różnicą.
Rodzice w drugi dzień świąt wyjeżdżają z „kumplami” na wakacje. My musimy zająć się domem.

Pięknie. Zawsze marzyłam, żeby zostać trzy tygodnie z bratem pod jednym dachem. Pozabijamy się, jak za starych dobrych czasów, jak tylko będzie trzeba podjąć decyzję, co oglądamy w tv. Ale sama w tym dużym domu nie zostanę.
Swoją drogą, rodzice pięknie go urządzili. Jest nowoczesny, wszystko nowe, pachnące. Ze starego mieszkania mama przeniosła nasze rodzinne pamiątki i mnóstwo zdjęć. Subtelnie wyeksponowane bibeloty nadają pomieszczeniom wyjątkowy charakter. Lubię tu być.
Przed wyjazdem rodzice zadbali, żebyśmy mieli pełną lodówkę, spiżarnię i barek. Pożegnaliśmy się, jak tylko przyjechała taxówka.

– I co robimy? – zapytał Paweł
– Co masz na myśli?
– Mamy wolną chatę. Pamiętasz, co się działo, jak rodzice wychodzili?

To były czasy. Jedyne, w czym się z Pawłem, w nastoletnim okresie, zgadzaliśmy, to było szybkie organizowanie imprez, jak tylko rodzice zamykali drzwi i zostawiali nas samych. Byliśmy mistrzami organizowania błyskawicznych spotkań towarzyskich. Wtedy nie było komórek i internetu, a dawaliśmy radę zebrać ekipę w kilka minut.

– Ty faktycznie. Na pewno większość naszej starej ekipy przyjechała do rodziców na święta. Masz jeszcze tę grupę na fejsie?
– Ale się podekscytowałaś. Ja żartowałem.
– Pisz do nich, nie świruj. Idę sprawdzić, co mamy w barku. W razie czego podjadę do Żabki.

Ku mojemu zaskoczeniu artyleria alkoholi była zaskakująca. Tata chyba przewidział, że będziemy potrzebowali dużo procentów, żeby przetrwać razem trzy tygodnie.

– Anka!!!
– Paweł!!! Po co wrzeszczysz, głucha nie jestem. Alkohol jest.
– Dużo?! Bo już 12 osób się zgłosiło. Będą po 20:00, jak dzieci pójdą spać. Reszta jeszcze nie odczytała. Napisałem, że to impreza w starym gronie, więc mężowie i żonie niemile widziani.
– Ale ty durny jesteś. Przecież się obrażą.
– Sama jesteś durna. Napisali, że wiadoma sprawa. Ktoś musi jutro ogarniać dzieciaki.
– To ja nie wiem, czy starczy tych taty zapasów. Jadę na zakupy. Coś chcesz?
– Weź coś na jutro. Colę, jakieś energetyki, coś przeciwbólowego, bo może być ciężko.
– Zrobię dla każdego taki zestaw pożegnalny, żeby przeżyli następny dzień. Jadę, mam nadzieję, że jest jeszcze otwarta.

Jak wjeżdżałam do garażu, od razu się zorientowałam, że Paweł przygotowuje playlistę. Dudniło jak w nocnym klubie.

– Ciekawe czy Ewka przyjdzie. Podobno jest po rozwodzie i wróciła do Poznania.
– Tobie jeszcze nie przeszło? Ile razy można odgrzewać te same kotlety?

Ewka to pierwsza miłość Pawła. Dwa mocne charaktery, mieszanka wybuchowa. Schodzili się i rozchodzili. Po studiach każde z nich poszło w swoją stronę. Ewka wyszła za mąż, a mój przystojny brat nigdy nie zakotwiczył w żadnym związku na długo.

– A ty niby co, nie jesteś ciekawa czy Arek przyjdzie?
– Arka nie ma, wyjechał jakiś czas temu do Dubaju. Pisał kiedyś, że dostał tam kontrakt i zostaje.
– Nie wiedziałem, że macie kontakt.
– Sporadyczny, czasami wymienimy kilka wiadomości. Nie ma o czym opowiadać.
– To może jutro będziesz miała jakąś ciekawą historię. Arek pierwszy potwierdził obecność, jest u rodziców.
– Jak to?! Dopiero teraz mi mówisz? Która jest godzina? Nie mam się w co ubrać! Paweł, ty świnio!
– Sporadyczny kontakt, nie ma o czym mówić… Dobre, dobre. Dobrze, że są święta i sklepy zamknięte, bo być na zakupy i do fryzjera poleciała.
– Mama ostatnio pokazywała mi sukienkę, którą sobie kupiła. Boska była. Mam nadzieję, że jej nie zabrała. Ja pierniczę, nie wiem, gdzie co jest w tym domu.

Przegrzebałam całą garderobę mamy. Znalazłam kilka nowych sukienek, t-shirty, koszulę
i super jeansy. Za każdym razem, jak wyjeżdżali do Gwiazdy Morza, kupowała coś nowego. Jestem uratowana. Zostawiła też swoje perfumy. Nawet nie wiedziałam, że są jeszcze dostępne. Podkradałam je zawsze przed randkami i imprezami.

– Paweł!!! Paweł!!!! Idę się kąpać. Ścisz trochę, bo sąsiedzi wezwą policję.
– Chcesz drinka?
– W sumie, czemu nie. Łazienka wygląda jak strefa wellness w drogim hotelu. Drink idealnie się komponuje.

Już przed 20:00 znajomi zaczęli się schodzić. Byłam trochę zazdrosna. Wszyscy byli zachwyceni domem, a dopiero w drugiej kolejności zwracali uwagę na mnie. Nieskromnie twierdzę, że dobrze wyglądałam w mamy jeansach i białym t-shircie PLNY LALA z różowym napisem: „Be my hero”. Nie wiem, co ją skłoniło do jego zakupu, ale przejmuję go na stałe.

Impreza się rozkręcała. Dom przestał być tematem nr 1, a zaczęło się wspominanie. Kiedy po dwóch godzinach usłyszałam za plecami: „Już jestem”, wiedziałam, że dla mnie ten wieczór dopiero się zaczął.
– Cześć panie spóźnialski. Dobrze, że jesteś.
– Stałem pod domem i czekałem aż się stęsknisz.
– Ja umieram z tęsknoty od co najmniej 12 lat. Weź się napij, bo teksty na podryw masz słabe. Chyba zapomniałeś, jak to się robi.
– Odezwała się mistrzyni flirtowania.
– Nie muszę nic mówić. Pożyczyłam koszulkę od mamy i wszystko powinno być dla ciebie jasne.

Co to był za wieczór. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze się bawiłam. Tańce, śpiewy, dwie wizyty sąsiadów z prośbą o ciszę. Naliczyłam 16 osób.

Pawła praktycznie nie widziałam. Byli z Ewką w swoim świecie. Coś czuję, że ten kotlet odgrzeją ponownie. Może tym razem na stałe.
Nie będę się naśmiewać, bo ja też czułam motyle w brzuchu, jak tylko Arek się zbliżał. W sumie to praktycznie się nie oddalał, więc roje motyli mnie zaatakowały.
Było tak dobrze, że wszystkich, którzy nie mieli planów na Sylwestra, zaprosiliśmy do nas, a tak dokładnie do rodziców.

Poranek zgodnie z przewidywaniami Pawła był bolesny. Trzeba było się zmobilizować i posprzątać pobojowisko. Na szczęście odbyło się bez większych strat. Przez chwilę poczuliśmy chwilę grozy, nie mogliśmy zlokalizować kota. Ewka znalazła go w garderobie. Chyba z wrażenia zamknęłam biedaka w szafie.
Nie pamiętam, kiedy Paweł tak się uśmiechał. Był szczęśliwy, a Ewka raczej zostanie z nami przez najbliższe dni.
Chwilę później wpadł Arek z obiadem. Jego mama stwierdziła, że dzieciaki same w domu bez rodziców zostały, to na pewno są głodni. Kotlety mielone, ziemniaki z koperkiem i pyszne buraczki zasmażane. Moglibyśmy nakarmić całe osiedle, tyle tego było. Pycha. Nikt nie robi takich mielonych, jak ona.

Kolejne dni minęły błyskawicznie. Ewka z Arkiem praktycznie z nami zamieszkali. Okazało się, że wszyscy możemy pracować zdalnie, Arka kontrakt już się skończył i zostaje w Polsce. Czuliśmy się trochę jak na kolonii. Nie wiem, kto bawił się lepiej – rodzice na Bali, czy my w ich domu w Kamionkach.

Jutro wracają. Mam mieszane uczucia. Boję się. Po pierwsze musimy się przyznać, że w ich domu odbyły się dwie huczne imprezy i na pewno sąsiedzi będą się skarżyć. Po drugie mieszkaliśmy w nim w czwórkę. Po trzecie ukradłam t-shirt i jeansy, nie mam zamiaru ich oddać. Po czwarte wyczyściliśmy barek. Po piąte wzięłam jakieś 10 psików perfum. Po szóste (najgorsze) muszę przyznać, że uwielbiam ten dom i zarezerwowałam weekend w hotelu Gwiazda Morza. Wyjeżdżamy pojutrze z Arkiem, Ewką i Pawłem.

Mama z tatą nie byli zaskoczeni imprezami. Powiedzieli, że zdziwiliby się, gdybyśmy ich nie zrobili.
– Może chcecie jeszcze trochę u nas pomieszkać? – zażartował tata.
– Możemy? Ja chętnie, a ty Paweł?
– W sumie mogę, dobrze mi tu.
– To zostajemy!

Mówiliśmy poważnie. Miny rodziców były bezcenne. Nie takiej odpowiedzi się spodziewali

E-book ze wszystkimi historiami Osiedlove

Wolisz w wersji papierowej? Napisz do nas ?

 

Osiedlove sekrety #10: Meteor i kakao, czyli historia błyskawicznej miłości

– Meteor, stój! Meteor!
Szukałem go kilka godzin, przeszedłem las wzdłuż i wszerz. Znowu mi uciekł. Kiedy pytałem, czy jak go spuszczę ze smyczy, to mi nie zwieje, merdał ogonem i jego oczy obiecywały, że tym razem nie pogna, ile sił w nogach przed siebie.
Chodziłem, krzyczałem, wołałem, nawet wiewiórek pytałem, czy nie widziały brązowego posokowca ze złośliwym uśmieszkiem na pysku i wywieszonym ozorem. Nie widziały.

– Meteor, wracaj w tej chwili!!!

Wiem, że zawsze wraca. Mądre psisko z niego, ale czasami mam ochotę wyciągnąć go za te długie, miękkie, zimne uszy.
Idę do domu, może gdzieś się spotkamy. Wychodząc z lasu, nagle runąłem na ziemię. Meteor wybiegł zza krzaków i ze znanym sobie impetem postanowił się ze mną przywitać. Skoczył na mnie, a ja straciłem równowagę.

– Przepraszam, czy to pana pies? – usłyszałem damski głos.
– Zależy, o co chodzi.
To nie wróży nic dobrego.
– O to proszę pana, że zrobił mi dokładnie to samo. Rzucił się na mnie, wylizał, ukradł czapkę i uciekł. Przestraszył mnie, później nawet rozbawił, ale z tą kradzieżą to już przesadził. Wstaje pan, czy będziesz tak leżał?

Wstałem, otrzepałem się i w zasadzie na jednym wdechu wyjaśniłem, że to mój pies, nie mam na niego wpływu, bo mnie nie słucha, nie dotrzymuje obietnic, jest złodziejem kanapek, wypija mi wodę z kubka, zajmuje całą kanapę, ściąga pranie z suszarki i obgryza torbę od laptopa.

– Nie będę przepraszał i obiecywał, że więcej się to nie powtórzy, bo jestem niemal pewny, że jak spotka panią znowu, zrobi dokładnie to samo.
– Chyba porządnie dał panu w kość. Proszę spojrzeć, jest wyczerpany. Powinien dzisiaj grzecznie zasnąć.
– Meteor i grzecznie to są sprzeczności, proszę pani. Nigdy nie idą w parze. Próbowałem wszystkiego. Tresury, behawiorysty, prośby, groźby, przekupstwa.
– Niech pan mu pozwoli się wybiegać, energia go roznosi. Nie ma złych intencji. Sama mam dwa foksteriery, znam to. Jeśli ma pan ochotę, zapraszam jutro na herbatę. Psy się poznają, pobiegają po ogrodzie, może zostaną kumplami.
– Jest pani pewna? Wpuszczenie tego wariata do ogrodu, może się skończyć katastrofą.
– Zaryzykuję. Dzieci też się ucieszą z nowego towarzystwa.
– W takim razie chętnie was odwiedzimy jutro po pracy. 17:00 będzie ok?
– Mieszkamy na Iglastej 2 tutaj w Kamionkach. Wie pan, gdzie jest szkoła? To zaraz obok.

Udawałem, że wiem. Pożegnaliśmy się, poklepałem Meteora i ruszyliśmy w stronę domu. Kurde bez sensu. Dobrze się zapowiadało, a tu nagle: dzieci też się ucieszą. No nic, teraz głupio się wycofać.
– Dzięki pies, ty jak mi załatwisz randkę z mężatką, dziećmi i dwoma psami na dokładkę, to nie mam pytań.

Nic specjalnego nie zaiskrzyło, tak zwanej chemii między nami nie było, ale pani była miła, nie zrobiła afery za psi atak i jeszcze zaprosiła nas do domu. Odważna.
Zgodnie z tym, co powiedziała, Mateor w sekundę zasnął na kanapie, a ja sprawdzałem, gdzie jest ulica Iglasta.
Cały następny dzień zastanawiałem się, jak grzecznie wymiksować się z tej wizyty. Jak już wymyśliłem pilne zawodowe zadanie na już, zorientowałem się, że nie wziąłem numeru telefonu. Trudno, idziemy.
Meteor, jak nigdy szedł przy nodze i nie próbował uciekać. Nie wiem, czy to tutaj. Osiedle Koncept, hmmm. Słyszałem tę nazwę.
– Patrz Meteor, ile drzew, ładnie, zielono i tak spokojnie. Skąd ja znam to miejsce? Chyba kiedyś mignęło mi na facebooku. Chodź, jeszcze zobaczymy, co jest dalej. Zobacz jak super.

Plac zabaw przypominał planetarium. Gwiazdy, planety, świecące huśtawki, strefa dla dzieci i oddzielna dla dorosłych. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Mówią, że na placach zabaw dzieci piją piwo i palą papierosy. Tutaj grupa nastolatków gra przy stole w planszówkę „Zostań astronomem”. Niesamowite.

Zrobiliśmy jeszcze jedno kółko po osiedlu i dotarliśmy pod dwójkę. Drzwi się otworzyły, zanim dotknąłem dzwonka. Najpierw zaskoczyło mnie ujadanie psów, później Meteor wyrwał mi smycz z ręki i pognał w poszukiwaniu kumpli, dwie małe, identyczne dziewczynki wciągnęły mnie za rękę do domu, krzycząc: Mamooo, przyszli już!
W co ja się wpakowałem?

– Cześć! Miło, że znalazłeś czas. Wchodź, nie bój się. Psy już biegają po ogrodzie, dziewczynki dostaną lody i zaraz się uspokoi. Rozgość się. Czego się napijesz? Albo nie, poczekaj. Sama przyniosę ci coś na wyciszenie. Jak masz na imię?
– Mateusz! A ty?
– Olka! Tylko nie Olcia, Olusia, Oleńka i inne takie. Najlepiej Olka.

Olka zniknęła w kuchni, a ja miałem okazję rozejrzeć się po domu. Był imponująco czysty, jak na tę zwariowaną ferajnę. Duże szyby nie miały poodciskanych dziecięcych palców i psich nosów. Antresola robiła piorunujące wrażenie. W rogu wisiała huśtawka.
– Jak chcesz się pobujać, wyjdźmy na zewnątrz. Tam jest większa.
Wręczyła mi kubek. Zawartość mnie zaskoczyła. Musiałem zrobić dziwną minę, bo Olka od razu wyjaśniła, że najlepsze na wyciszenie jest kakao.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio je piłem. Wyszliśmy na taras i tam kolejne zaskoczenie. Huśtawka dokładnie taka sama, jak na placu zabaw.
– Mogę?
– Jasne, bujaj się.

Całkiem miło się rozmawiało. Psy i dzieci były zajęte sobą. Pogadaliśmy o pracy, wypytałem o dom i dewelopera, który wybudował ich osiedle. Jeszcze jedno nie dawało mi spokoju.
– Masz męża?
– Mam, jest na dyżurze. Janek jest lekarzem, powinien być za jakieś dwie godziny. Lepiej bujaj się do oporu, bo jak wróci, przejmie huśtawkę. To jego miejsce na odreagowanie stresu.
– Też dostaje kakao na wyciszenie?
– Czasami.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Psy wleciały do domu, jak szalone i zaraz po nich poderwały się dzieci.
– Przepraszam, tylko sprawdzę, kto nam zakłóca ten błogi spokój.

Sympatyczna ta Olka, idealny materiał na przyjaciółkę. Romansu raczej z tego nie będzie. Poza tym jest mąż, bliźniaczki, dwa psy. Co za dużo, to niezdrowo.
– Ciocia!!!! Co masz dla nas?!
Jaka ciocia znowu? Dobra, czas się zbierać. Meteor, gdzie ty jesteś niewdzięczniku. Znikasz zawsze, jak cię potrzebuję.
– Meteor!!!
– Nie krzycz na psa, odpoczywa na kanapie. Kamila – jestem siostrą Olki. Dla odmiany młodsza, bez dzieci, bez męża, bez psów, kotów i innych sierściuchów. Ładniejsza, mądrzejsza, lepiej wykształcona…
– Wygadana, przemądrzała, rozpieszczona, z niewyparzonym jęzorem. Zawsze wpada bez zapowiedzi w okolicy kolacji. To moją siostrę już poznałeś.
Olka uzupełniła szybką prezentację.
– Cześć, jestem Mateusz. W zasadzie miałem się zbierać.
– Zbierać to możesz wyjaśnienia. Siadaj i opowiadaj, co tu robisz, skąd się wziąłeś i czy mój szwagier wie, że korzystasz z jego huśtawki?

W skrócie opowiedziałem, jak się tu znalazłem. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Miała w sobie coś wyjątkowego. Cały czas żartowała, śmiała się, wygłupiała z dziećmi, zaczepiała psy, docinała Olce. Była bardzo bezpośrednia, waliła prosto z mostu, zadawała pytania, których raczej nie wypada zadawać nowo poznanej osobie. Byłem nią oczarowany.

– Olka daj coś mocniejszego. Albo nie. O której Jasiek wraca?
– Powinien zaraz być. O! Chyba właśnie wchodzi.
– Szwagier! Jak miło, że jesteś. Zostaniesz z dziećmi i psami, a my jedziemy na drinka.
– A ja? Też chcę drinka.

Janek przywitał się ze mną jak ze starym kumplem. Ciekawe, jak często spotyka w swoim domu obcych facetów, których żona przyprowadza z lasu. Kamila wzięła go pod ramię.
– Możesz wyjść jutro, umów się z kolegami. Twoja żona zapewniła mi dzisiaj doskonałe towarzystwo. Tylko zapomniała mnie zaprosić. Gdybym nie wpadła po receptę, którą mi zaraz wypiszesz, minęłabym się z przeznaczeniem. Czuję, że to będzie mój mąż. Dla bezpieczeństwa zabierzemy Olkę, gdyby się jednak okazało, że jest seryjnym mordercą, który czai się w lesie na swoje ofiary.
Janek tylko wzruszył ramionami. Chyba był przyzwyczajony, że Kamila zawsze stawia na swoim.
– Zamawiam ubera i jedziemy. Zbierajcie się!
Kamila stała z torebką w ręku gotowa do wyjścia. Zaskoczyło mnie, że proces wyjścia nie wymagał poprawy makijażu, ułożenia włosów, przebrania się i półgodzinnej analizy czy buty na pewno pasują. Otrząsnąłem się i przypomniało mi się o psie.
– Czekaj, ja muszę zawieźć Mateora do domu.
– Zostaw go z Jaśkiem, jeden pies różnicy mu nie zrobi. Jutro odbierzesz.

Janek podszedł do mnie, poklepał po plecach i szepnął: Chłopie współczuję ci.
– Słuchaj Janek, nie ma jakiegoś wolnego domu w okolicy? Strasznie mi się tu podoba.
– Z tego, co wiem, chyba nie. Ale sąsiedzi, którzy mieszkają trzy domy dalej, kupili większy dom w Wirach i ten chcą szybko wynająć. Coś około 120 metrów kwadratowych ci starczy?
– Chyba wam, drogi szwagrze! Mówiłam, że to będzie mój mąż. Dzisiaj mi się oświadczy.

Odwróciłem się do Kamili i przyklęknąłem.
– Kamilo, wyjdziesz za mnie?
– Poczekaj, stop! – krzyknęła Olka, zbiegając ze schodów. Musisz mieć kwiaty i pierścionek.

Jedna z bliźniaczek zdjęła z palca pozłacaną biedronkę.
– Masz pan wujek, masz mój.
– Stary, masz jeszcze kwiatek. Ten kaktus będzie idealny. – Janek podał mi doniczkę.
Olka zarządziła przerwę, bo musi to nagrać.
Dobra, jeszcze raz.
Dała sygnał do powtórki.
– Kamilo… Jak się nazywasz?
– Zarzycka.
– Kamilo Zarzycka, czy wyjdziesz za mnie i obiecujesz zamieszkać ze mną na tym osiedlu, w domu ze świecącą huśtawką?
– Tak!
Wsunąłem na końcówkę palca biedronkowy pierścionek i wręczyłem kaktus. Kamila odwdzięczyła się długim pocałunkiem.

– Ejjj, dzieci patrzą bezwstydnicy! Olka rozbawiona zasłoniła oczy dziewczynkom, które aż podskakiwały z wrażenia.
– Nigdzie nie jedziecie, świętujemy w domu. Dzieciaki spać, psy na swoje legowiska. Nowy pies, złaź z kanapy i idź do kumpli. Postaram się powstrzymać tę wariatkę, zanim Mateusz zrozumie w co się ładuje. Nie chcę stracić sąsiada. Chodź stary, zapytamy o ten dom.
– Meteor, idziesz z nami. Musimy omówić plan działania. Tylko obiecaj, że nie zwiejesz. Kochanie, zaraz wracamy. – rzuciłem do Kamili.

Moja „narzeczona” podbiegła i czule się ze mną pożegnała. Znaliśmy się niecałe trzy godziny. Nie wiem, czy to magia tego osiedla, zwariowani mieszkańcy, księżyc w pełni rozświetlający niebo, ale… Chyba się zakochałem. Może to wcale nie było kakao, tylko eliksir Gargamela i po nim straciłem rozum.

Dwa miesiące później wprowadzaliśmy się z Kamilą i Meteorem do wynajętego domu. Planujemy kupno własnego, wiemy, że wkrótce pojawią się w sprzedaży. Warunek jest jeden. To musi być to miejsce. Osiedle, w którym wszystko się zaczęło.
Na dobry początek Janek przekazał nam kartkę, którą dostali przy odbiorze kluczy do swojego domu. Na odwrocie widnieje zdanie: Obrazy na niebie nigdy się nie powtarzają, tak jak niepowtarzalny jest Twój dom. Podpisane – Bartosz Wrzesiński.
Ma facet rację.
Nigdy nie zapomnę, koloru nieba i emocji, które mi towarzyszyły, gdy tamtego wieczoru po powrocie od sąsiadów, ze wtuloną we mnie Kamilą, podziwialiśmy księżyc w pełni. Nasz dom z pewnością będzie niepowtarzalny. Bo jaki ma być. Temperamenty Kamili i Meteora są identyczne, to mieszanka wybuchowa. Nie da się tego podrobić.

Wspominałem już, że w sobotę na gwiezdnym placu zabaw bierzemy ślub? Taki prawdziwy, z urzędnikiem, obrączkami, świadkami, bliźniaczkami i psami. Dekoracji nie potrzebujemy, jest wystarczająco magicznie. Na dodatek moja przyszła żona jest niebiańsko piękna.
Najmłodszym mieszkańcom obiecaliśmy kakao z czekoladowymi gwiazdkami za wypożyczenie placu na godzinę.
Nie mogę się doczekać

E-book ze wszystkimi historiami Osiedlove

Wolisz w wersji papierowej? Napisz do nas ?