Osiedlove sekrety #10: Meteor i kakao, czyli historia błyskawicznej miłości

– Meteor, stój! Meteor!
Szukałem go kilka godzin, przeszedłem las wzdłuż i wszerz. Znowu mi uciekł. Kiedy pytałem, czy jak go spuszczę ze smyczy, to mi nie zwieje, merdał ogonem i jego oczy obiecywały, że tym razem nie pogna, ile sił w nogach przed siebie.
Chodziłem, krzyczałem, wołałem, nawet wiewiórek pytałem, czy nie widziały brązowego posokowca ze złośliwym uśmieszkiem na pysku i wywieszonym ozorem. Nie widziały.

– Meteor, wracaj w tej chwili!!!

Wiem, że zawsze wraca. Mądre psisko z niego, ale czasami mam ochotę wyciągnąć go za te długie, miękkie, zimne uszy.
Idę do domu, może gdzieś się spotkamy. Wychodząc z lasu, nagle runąłem na ziemię. Meteor wybiegł zza krzaków i ze znanym sobie impetem postanowił się ze mną przywitać. Skoczył na mnie, a ja straciłem równowagę.

– Przepraszam, czy to pana pies? – usłyszałem damski głos.
– Zależy, o co chodzi.
To nie wróży nic dobrego.
– O to proszę pana, że zrobił mi dokładnie to samo. Rzucił się na mnie, wylizał, ukradł czapkę i uciekł. Przestraszył mnie, później nawet rozbawił, ale z tą kradzieżą to już przesadził. Wstaje pan, czy będziesz tak leżał?

Wstałem, otrzepałem się i w zasadzie na jednym wdechu wyjaśniłem, że to mój pies, nie mam na niego wpływu, bo mnie nie słucha, nie dotrzymuje obietnic, jest złodziejem kanapek, wypija mi wodę z kubka, zajmuje całą kanapę, ściąga pranie z suszarki i obgryza torbę od laptopa.

– Nie będę przepraszał i obiecywał, że więcej się to nie powtórzy, bo jestem niemal pewny, że jak spotka panią znowu, zrobi dokładnie to samo.
– Chyba porządnie dał panu w kość. Proszę spojrzeć, jest wyczerpany. Powinien dzisiaj grzecznie zasnąć.
– Meteor i grzecznie to są sprzeczności, proszę pani. Nigdy nie idą w parze. Próbowałem wszystkiego. Tresury, behawiorysty, prośby, groźby, przekupstwa.
– Niech pan mu pozwoli się wybiegać, energia go roznosi. Nie ma złych intencji. Sama mam dwa foksteriery, znam to. Jeśli ma pan ochotę, zapraszam jutro na herbatę. Psy się poznają, pobiegają po ogrodzie, może zostaną kumplami.
– Jest pani pewna? Wpuszczenie tego wariata do ogrodu, może się skończyć katastrofą.
– Zaryzykuję. Dzieci też się ucieszą z nowego towarzystwa.
– W takim razie chętnie was odwiedzimy jutro po pracy. 17:00 będzie ok?
– Mieszkamy na Iglastej 2 tutaj w Kamionkach. Wie pan, gdzie jest szkoła? To zaraz obok.

Udawałem, że wiem. Pożegnaliśmy się, poklepałem Meteora i ruszyliśmy w stronę domu. Kurde bez sensu. Dobrze się zapowiadało, a tu nagle: dzieci też się ucieszą. No nic, teraz głupio się wycofać.
– Dzięki pies, ty jak mi załatwisz randkę z mężatką, dziećmi i dwoma psami na dokładkę, to nie mam pytań.

Nic specjalnego nie zaiskrzyło, tak zwanej chemii między nami nie było, ale pani była miła, nie zrobiła afery za psi atak i jeszcze zaprosiła nas do domu. Odważna.
Zgodnie z tym, co powiedziała, Mateor w sekundę zasnął na kanapie, a ja sprawdzałem, gdzie jest ulica Iglasta.
Cały następny dzień zastanawiałem się, jak grzecznie wymiksować się z tej wizyty. Jak już wymyśliłem pilne zawodowe zadanie na już, zorientowałem się, że nie wziąłem numeru telefonu. Trudno, idziemy.
Meteor, jak nigdy szedł przy nodze i nie próbował uciekać. Nie wiem, czy to tutaj. Osiedle Koncept, hmmm. Słyszałem tę nazwę.
– Patrz Meteor, ile drzew, ładnie, zielono i tak spokojnie. Skąd ja znam to miejsce? Chyba kiedyś mignęło mi na facebooku. Chodź, jeszcze zobaczymy, co jest dalej. Zobacz jak super.

Plac zabaw przypominał planetarium. Gwiazdy, planety, świecące huśtawki, strefa dla dzieci i oddzielna dla dorosłych. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Mówią, że na placach zabaw dzieci piją piwo i palą papierosy. Tutaj grupa nastolatków gra przy stole w planszówkę „Zostań astronomem”. Niesamowite.

Zrobiliśmy jeszcze jedno kółko po osiedlu i dotarliśmy pod dwójkę. Drzwi się otworzyły, zanim dotknąłem dzwonka. Najpierw zaskoczyło mnie ujadanie psów, później Meteor wyrwał mi smycz z ręki i pognał w poszukiwaniu kumpli, dwie małe, identyczne dziewczynki wciągnęły mnie za rękę do domu, krzycząc: Mamooo, przyszli już!
W co ja się wpakowałem?

– Cześć! Miło, że znalazłeś czas. Wchodź, nie bój się. Psy już biegają po ogrodzie, dziewczynki dostaną lody i zaraz się uspokoi. Rozgość się. Czego się napijesz? Albo nie, poczekaj. Sama przyniosę ci coś na wyciszenie. Jak masz na imię?
– Mateusz! A ty?
– Olka! Tylko nie Olcia, Olusia, Oleńka i inne takie. Najlepiej Olka.

Olka zniknęła w kuchni, a ja miałem okazję rozejrzeć się po domu. Był imponująco czysty, jak na tę zwariowaną ferajnę. Duże szyby nie miały poodciskanych dziecięcych palców i psich nosów. Antresola robiła piorunujące wrażenie. W rogu wisiała huśtawka.
– Jak chcesz się pobujać, wyjdźmy na zewnątrz. Tam jest większa.
Wręczyła mi kubek. Zawartość mnie zaskoczyła. Musiałem zrobić dziwną minę, bo Olka od razu wyjaśniła, że najlepsze na wyciszenie jest kakao.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio je piłem. Wyszliśmy na taras i tam kolejne zaskoczenie. Huśtawka dokładnie taka sama, jak na placu zabaw.
– Mogę?
– Jasne, bujaj się.

Całkiem miło się rozmawiało. Psy i dzieci były zajęte sobą. Pogadaliśmy o pracy, wypytałem o dom i dewelopera, który wybudował ich osiedle. Jeszcze jedno nie dawało mi spokoju.
– Masz męża?
– Mam, jest na dyżurze. Janek jest lekarzem, powinien być za jakieś dwie godziny. Lepiej bujaj się do oporu, bo jak wróci, przejmie huśtawkę. To jego miejsce na odreagowanie stresu.
– Też dostaje kakao na wyciszenie?
– Czasami.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Psy wleciały do domu, jak szalone i zaraz po nich poderwały się dzieci.
– Przepraszam, tylko sprawdzę, kto nam zakłóca ten błogi spokój.

Sympatyczna ta Olka, idealny materiał na przyjaciółkę. Romansu raczej z tego nie będzie. Poza tym jest mąż, bliźniaczki, dwa psy. Co za dużo, to niezdrowo.
– Ciocia!!!! Co masz dla nas?!
Jaka ciocia znowu? Dobra, czas się zbierać. Meteor, gdzie ty jesteś niewdzięczniku. Znikasz zawsze, jak cię potrzebuję.
– Meteor!!!
– Nie krzycz na psa, odpoczywa na kanapie. Kamila – jestem siostrą Olki. Dla odmiany młodsza, bez dzieci, bez męża, bez psów, kotów i innych sierściuchów. Ładniejsza, mądrzejsza, lepiej wykształcona…
– Wygadana, przemądrzała, rozpieszczona, z niewyparzonym jęzorem. Zawsze wpada bez zapowiedzi w okolicy kolacji. To moją siostrę już poznałeś.
Olka uzupełniła szybką prezentację.
– Cześć, jestem Mateusz. W zasadzie miałem się zbierać.
– Zbierać to możesz wyjaśnienia. Siadaj i opowiadaj, co tu robisz, skąd się wziąłeś i czy mój szwagier wie, że korzystasz z jego huśtawki?

W skrócie opowiedziałem, jak się tu znalazłem. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Miała w sobie coś wyjątkowego. Cały czas żartowała, śmiała się, wygłupiała z dziećmi, zaczepiała psy, docinała Olce. Była bardzo bezpośrednia, waliła prosto z mostu, zadawała pytania, których raczej nie wypada zadawać nowo poznanej osobie. Byłem nią oczarowany.

– Olka daj coś mocniejszego. Albo nie. O której Jasiek wraca?
– Powinien zaraz być. O! Chyba właśnie wchodzi.
– Szwagier! Jak miło, że jesteś. Zostaniesz z dziećmi i psami, a my jedziemy na drinka.
– A ja? Też chcę drinka.

Janek przywitał się ze mną jak ze starym kumplem. Ciekawe, jak często spotyka w swoim domu obcych facetów, których żona przyprowadza z lasu. Kamila wzięła go pod ramię.
– Możesz wyjść jutro, umów się z kolegami. Twoja żona zapewniła mi dzisiaj doskonałe towarzystwo. Tylko zapomniała mnie zaprosić. Gdybym nie wpadła po receptę, którą mi zaraz wypiszesz, minęłabym się z przeznaczeniem. Czuję, że to będzie mój mąż. Dla bezpieczeństwa zabierzemy Olkę, gdyby się jednak okazało, że jest seryjnym mordercą, który czai się w lesie na swoje ofiary.
Janek tylko wzruszył ramionami. Chyba był przyzwyczajony, że Kamila zawsze stawia na swoim.
– Zamawiam ubera i jedziemy. Zbierajcie się!
Kamila stała z torebką w ręku gotowa do wyjścia. Zaskoczyło mnie, że proces wyjścia nie wymagał poprawy makijażu, ułożenia włosów, przebrania się i półgodzinnej analizy czy buty na pewno pasują. Otrząsnąłem się i przypomniało mi się o psie.
– Czekaj, ja muszę zawieźć Mateora do domu.
– Zostaw go z Jaśkiem, jeden pies różnicy mu nie zrobi. Jutro odbierzesz.

Janek podszedł do mnie, poklepał po plecach i szepnął: Chłopie współczuję ci.
– Słuchaj Janek, nie ma jakiegoś wolnego domu w okolicy? Strasznie mi się tu podoba.
– Z tego, co wiem, chyba nie. Ale sąsiedzi, którzy mieszkają trzy domy dalej, kupili większy dom w Wirach i ten chcą szybko wynająć. Coś około 120 metrów kwadratowych ci starczy?
– Chyba wam, drogi szwagrze! Mówiłam, że to będzie mój mąż. Dzisiaj mi się oświadczy.

Odwróciłem się do Kamili i przyklęknąłem.
– Kamilo, wyjdziesz za mnie?
– Poczekaj, stop! – krzyknęła Olka, zbiegając ze schodów. Musisz mieć kwiaty i pierścionek.

Jedna z bliźniaczek zdjęła z palca pozłacaną biedronkę.
– Masz pan wujek, masz mój.
– Stary, masz jeszcze kwiatek. Ten kaktus będzie idealny. – Janek podał mi doniczkę.
Olka zarządziła przerwę, bo musi to nagrać.
Dobra, jeszcze raz.
Dała sygnał do powtórki.
– Kamilo… Jak się nazywasz?
– Zarzycka.
– Kamilo Zarzycka, czy wyjdziesz za mnie i obiecujesz zamieszkać ze mną na tym osiedlu, w domu ze świecącą huśtawką?
– Tak!
Wsunąłem na końcówkę palca biedronkowy pierścionek i wręczyłem kaktus. Kamila odwdzięczyła się długim pocałunkiem.

– Ejjj, dzieci patrzą bezwstydnicy! Olka rozbawiona zasłoniła oczy dziewczynkom, które aż podskakiwały z wrażenia.
– Nigdzie nie jedziecie, świętujemy w domu. Dzieciaki spać, psy na swoje legowiska. Nowy pies, złaź z kanapy i idź do kumpli. Postaram się powstrzymać tę wariatkę, zanim Mateusz zrozumie w co się ładuje. Nie chcę stracić sąsiada. Chodź stary, zapytamy o ten dom.
– Meteor, idziesz z nami. Musimy omówić plan działania. Tylko obiecaj, że nie zwiejesz. Kochanie, zaraz wracamy. – rzuciłem do Kamili.

Moja „narzeczona” podbiegła i czule się ze mną pożegnała. Znaliśmy się niecałe trzy godziny. Nie wiem, czy to magia tego osiedla, zwariowani mieszkańcy, księżyc w pełni rozświetlający niebo, ale… Chyba się zakochałem. Może to wcale nie było kakao, tylko eliksir Gargamela i po nim straciłem rozum.

Dwa miesiące później wprowadzaliśmy się z Kamilą i Meteorem do wynajętego domu. Planujemy kupno własnego, wiemy, że wkrótce pojawią się w sprzedaży. Warunek jest jeden. To musi być to miejsce. Osiedle, w którym wszystko się zaczęło.
Na dobry początek Janek przekazał nam kartkę, którą dostali przy odbiorze kluczy do swojego domu. Na odwrocie widnieje zdanie: Obrazy na niebie nigdy się nie powtarzają, tak jak niepowtarzalny jest Twój dom. Podpisane – Bartosz Wrzesiński.
Ma facet rację.
Nigdy nie zapomnę, koloru nieba i emocji, które mi towarzyszyły, gdy tamtego wieczoru po powrocie od sąsiadów, ze wtuloną we mnie Kamilą, podziwialiśmy księżyc w pełni. Nasz dom z pewnością będzie niepowtarzalny. Bo jaki ma być. Temperamenty Kamili i Meteora są identyczne, to mieszanka wybuchowa. Nie da się tego podrobić.

Wspominałem już, że w sobotę na gwiezdnym placu zabaw bierzemy ślub? Taki prawdziwy, z urzędnikiem, obrączkami, świadkami, bliźniaczkami i psami. Dekoracji nie potrzebujemy, jest wystarczająco magicznie. Na dodatek moja przyszła żona jest niebiańsko piękna.
Najmłodszym mieszkańcom obiecaliśmy kakao z czekoladowymi gwiazdkami za wypożyczenie placu na godzinę.
Nie mogę się doczekać.