Osiedlove sekrety #8: Przeurlopowani

Jak my czekaliśmy na ten urlop. Ponad rok zamknięcia w domu, ograniczone wyjścia, praca i nauka zdalna. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy wyjedziemy, wyjdziemy na plażę i będziemy rozkoszować się każdą chwilą urlopu.

O dziwo przygotowania do wakacji przebiegły, wbrew tradycji, bez większych kłótni i nieporozumień. Pakowanie też poszło sprawnie. Praktycznie tydzień przed wyjazdem walizki były spakowane, a my zwarci i gotowi.
Plaża, morze, basen, pyszne jedzenie, kolorowe napoje, słońce, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne, leżak, książka, rejsy statkiem… Jak tylko sobie przypomnę, co na mnie czekało, to sama sobie zazdroszczę.
To wcale nie jest wstęp do historii, jak bardzo nam nie wyszło i wakacje się nie udały albo mocno odbiegały od oczekiwań. Co to, to nie. Wszystko było cudownie. Bawiliśmy się, odpoczywaliśmy, pływaliśmy, przybyło też kilka dodatkowych kilogramów. Poznaliśmy nowych znajomych, z którymi spędziliśmy większość wieczorów nad basenem na nocnych Polaków rozmowach.

Minęło półtora tygodnia i nie wiem, jak to możliwe, ale czuliśmy się: „przeurlopowani”. Rozumiecie? Zmęczeni urlopem?! Takiego połączenia nie ma w żadnym słowniku.
Pierwszy raz dzieci zapytały, kiedy wakacje się skończą i wrócimy do domu. Ja zatęskniłam za poranną kawą na tarasie i obserwowaniem, jak pliszka skubie borówki na naszym krzaku. Mariusz stwierdził, że jest wszystko pięknie, ale nie mają tu takiego wygodnego hamaka, w którym, jeśli tylko pogoda pozwalała, wieczorami odpoczywał po całym dniu spędzonym przy komputerze. Brakowało nam nawet sąsiadki zza płotu, którą obserwowaliśmy i podziwialiśmy za wytrwałość i zaangażowanie, z jakim pielęgnowała ogród, wyrywała chwasty, na kolanach przycinała wystające trawki, żeby wszystko było równo. Przyznaję, ogród ma piękny. Żadnych wypalonych od słońca placków na trawniku, śladów nieregularnych ruchów kosiarki, odcisków po basenie. Nic z tych rzeczy. Wszystko pod linijkę, idealnie dobrane kolorystycznie rośliny, zawsze coś kwitnie. I te lampki, które co wieczór rozświetlają jej tajemniczy ogród. Magia. Serio, podziwiam i zazdroszczę determinacji.

Nasz ogród też jest idealny. Różnica polega na tym, że raz na jakiś czas wpada do nas ogrodnik. Pan Staszek dba o zieleń, ja jestem odpowiedzialna za dodatki: lampki, świeczki, poduszki, meble i takie tam ogrodowe, w zasadzie nikomu niepotrzebne, akcesoria.

Wracając do urlopu.
Leżymy sobie rodzinnie na plaży i mamy jeden wniosek. Uwielbiamy wakacje, ale lubimy też bardzo nasz dom i w nim czujemy się najlepiej.

Odkąd się przeprowadziliśmy na Osiedle Koncept, wakacje mamy codziennie. Do około 16:00-17:00 obowiązki, później relaks i odpoczynek. Warto było zainwestować w ten dom wszystkie oszczędności. Każdy z nas ma swoje miejsce, często odwiedzają nas moi rodzice. Wpadają, kiedy chcą, na jak długo chcą. Jeszcze nie są gotowi, żeby się przenieść na stałe, ale mają swój pokój, klucze. To także ich dom. Myślę, że to tylko kwestia czasu. Widzę, ile radości sprawia im wypoczynek w ogrodzie, o którym zawsze marzyli. Tata odkrył, że bardzo blisko jest staw. Znika nam na większość czasu i pędzi na ryby. Za chwilę przejmie garaż, bo co chwilę przywozi nową wędkę, krzesełko, kolejne pudełko spławików i kołowrotek, który jest o niebo lepszy niż ten, który kupił miesiąc temu.
Wstyd się przyznać, ale rodzice szybciej poznali okolicę i lokalne atrakcje niż my. Chyba za bardzo byliśmy zajęci remontem. Poza tym oni już wszystko wiedzą i cały czas zasypują nas informacjami, co warto zobaczyć albo co robić w Kamionkach. Babcia poznała bliższe i dalsze sąsiadki. Wie, gdzie kupić chleb, kto ma najlepsze ziemniaki, jajka, ser. Zrobiła też rozeznanie, w której stadninie warto zapisać Tosię na naukę jazdy konnej. Już umawia się z dzieciakami na grzyby, bo usłyszeli, że w naszym lesie jest mnóstwo prawdziwków.

Znacie to uczucie, kiedy ostatniego dnia wakacji czujecie niepokój i niechęć do powrotu do domu? To znaczy, że ten dom nie do końca jest waszym domem. My pierwszy raz wracaliśmy z urlopu z radością, autentycznie stęsknieni. Żartowaliśmy, jak nam mówili, że to dom pod szczęśliwą gwiazdą, że w nim spełnimy marzenia i ogólnie jest numerem jeden. Myślałam wtedy, że to hasła marketingowe, strategia na zdobycie klientów. Tylko wiecie co? Mieli rację. W tym domu mieszkamy, odpoczywamy, pracujemy, uczymy się, realizujemy swoje pasje, obserwujemy przyrodę, bawimy się, organizujemy spotkania ze znajomymi i przyjęcia rodzinne. Wszystko jest tak, jak być powinno. Domowo.