Osiedlove sekrety #13: Pełnia szczęścia

Małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot. Kocham ten mój babiniec (żonę i bliźniaczki), ale czasami mam ochotę spakować plecak, wyjść i zaszyć się w lesie. Bez zasięgu, telefonów, laptopów, tabletów. Sam.
Mógłbym wtedy coś powiedzieć, nie szkodzi, że do siebie. Nikt by się nie wtrącał, nie obrażał, nie zwracał mi uwagi, nie trzaskał drzwiami. Cisza, spokój… O tak, tego mi trzeba po dzisiejszej awanturze.

Jestem prezesem dużej firmy, zarządzam zespołami, mam kontakt z ludźmi na różnych szczeblach kariery, z mocnymi charakterami, różnymi osobowościami, z ugruntowanymi pozycjami. Odnoszę wrażenie, a nawet jestem przekonany, że mnie szanują, liczą się z moim zdaniem, przychodzą do mnie po radę w sprawach zawodowych, a często również prywatnych.
To co, kurde, poszło nie tak, że własne córki mają mnie za nic nierozumiejącego głąba? Gdzie popełniłem błąd?

Od małego uczyłem je tolerancji, szacunku do ludzi i pieniędzy. Byłem otwarty na ich pomysły, wspierałem, kiedy chciały próbować nowych rzeczy. Cieszyłem się, gdy przychodziły i prosiły o zapisanie na kolejne lekcje, treningi. Nawet jeśli miałaby to być jednorazowa próba. Duma mnie rozpierała, że są ambitne i chętne do poznawania świata. Dobrze się uczyły, miały mnóstwo przyjaciół. W tej kwestii nic się nie zmieniło, nadal tak jest.
Ala jeździ konno, Zuza tańczy. Za chwilę kończą liceum i zaczynają studia. Obie wybrały komunikację marketingową i nowe media w WSB w Poznaniu. Po co im ten marketing, nie wiem, ale nie chce mi się już z nimi dyskutować.
Przegapiłem moment, kiedy z przyjaciela, najlepszego tatusia na świecie stałem się wrogiem numer jeden. Tylko dlatego że jakiś rok temu próbowałem je trochę ukierunkować, zaproponowałem im spotkanie z doradcą zawodowym. Znam je przecież. Wiem, w czym są dobre, jakie mają talenty i w czym mogłyby się spełniać. Nigdy natomiast nie naciskałem, nie zabraniałem tych marketingów. Chciałem tylko normalnie porozmawiać. Zaproponowałem, że marketingu mogą się uczyć u mnie w firmie, zorganizuję im staż w naszym dziale promocji. O mój ty panie! Co to było za znieważenie i głupi pomysł. No bzdura totalna. Ale to nie wszystko.

Gwoździem do trumny było zanegowanie pomysłu o ich wyprowadzce z domu, jak tylko zdadzą maturę. To to już był pomysł od czapy. Studia w Poznaniu, a te sobie wymyśliły, że chcą wynająć mieszkanie. Zaznaczę tylko, że mieszkamy w Luboniu, w 160-metrowym domu, rzut beretem od ich przyszłej uczelni.
Samodzielności i prywatności im się zachciało. Jakby jej miały mało. Odkąd dziewczyny poszły do liceum i wolały spędzać czas z rówieśnikami, pozwoliliśmy sobie z żoną na więcej swobody, pracy. W domu raczej spędzamy niewiele czasu. Mają go praktycznie dla siebie. Mogą zapraszać znajomych, bawić się, organizować imprezy. Wszystko w granicach rozsądku, oczywiście. Zawsze im powtarzaliśmy, że to nie wiek świadczy o dojrzałości. Dziewczyny, poza tym, że są pyskate i czasami mam ich naprawdę dosyć, to mądre i odpowiedzialne bestie. Mam do nich zaufanie. No ale wyprowadzka? Co to to nie.

Żona się ze mnie śmieje, że zabraniam z egoistycznych pobudek. Boję się rozłąki, będę tęsknił, martwił się o małe córeczki i stracę je na zawsze, na rzecz jakiegoś młodego przystojniaka. Serio?
No, kurde, serio. Boję się – i kto mi zabroni? Wiadomo, że nigdy się do tego nie przyznam, ale taka jest prawda. Po moim trupie!
Potrzebuję pogadać z kimś dorosłym, niewrzeszczącym, z kimś, kto mnie zrozumie.

– Cześć, stary! Skoczymy na drinka?
Zadzwoniłem do Bartka, kumpla, którego jakiś czas temu poznałem w Krakowie na szkoleniu z zarządzania. Od kilku miesięcy umawiamy się na spotkanie i nic z tego nie wychodzi.
– Ty to masz wyczucie. Marzę, żeby się wyrwać z domu. Dzisiaj dzieciaki dają mi popalić. Możemy się spotkać tak po 20.00, poczekam, aż zasną, i mogę jechać.
– To OK. 21.00 tam, gdzie zawsze.
– Pasuje, będę. Z nieba mi spadłeś z tą propozycją dzisiaj.

Dobrze było go zobaczyć. Ma w sobie dobrą energię, nigdy nie narzeka, zaraża entuzjazmem.
Mamy mnóstwo wspólnych tematów do rozmów, podobne zainteresowania, czasami nasze drogi łączą się też na zawodowych ścieżkach.
Dzisiaj jednak tematem numer jeden były dzieci. Bartek co prawda ma problemy charakterystyczne dla wieku żłobkowo-przedszkolnego. Pamiętam te czasy wiecznego wymyślania zabaw, wciskania jedzenia, udawania lwa, krówki, konika i ciągłego niewyspania. Współczuję.
– Ty, ale ja mam dla ciebie rozwiązanie. Ala z Zuzką będą mieszkały same, a ty będziesz miał je prawie pod swoim dachem. – Bartek nie rozumiał moich dylematów.
– Niby jak, mam mieszkać w garażu i oddać im dom?
– Coś w tym stylu, ale nie do końca. Budujemy Osiedle Koncept w Wirach, kojarzysz? Mam tam taką dużą działkę pod nowy dom, Pełnię. Powierzchnia około 280 metrów kwadratowych, w tym 50 przeznaczone na dodatkowe pomieszczenie, może być z osobnym wejściem. Zrobisz tam dziewczynom kawalerkę. Będą miały swoje mieszkanie. Jak już faktycznie wydorośleją i wyfruną z gniazda, przerobisz sobie na biuro, zrobisz Karolinie gabinet do przyjmowania pacjentów czy co tam sobie wymyślisz. Nie chcę cię na siłę namawiać, ale przemyśl to. Pogadaj z Karoliną, zaproponuj takie rozwiązanie dziewczynom. Może to rozwiąże twoje problemy i nie uschniesz z tęsknoty.
– Weź ty się puknij w łeb. Jakiej tęsknoty? Chyba ty.

Wypiliśmy po jednym drinku, no, może dwa, i rozjechaliśmy się do domów. Karolina jeszcze nie spała. Opowiedziałem jej o pomyśle Bartka. Nie była zachwycona wizją przeprowadzki, ale ostatecznie stwierdziła, że pomysł nie jest najgorszy. Najważniejsze, żebyśmy się dogadali i zakończyli kłótnie związane z wynajmem.

Rano przy śniadaniu zarządziłem naradę rodzinną. Powiedziałem, co wiedziałem, i dałem czas do namysłu. O dziwo, Alka z Zuzką nie odezwały się ani słowem, wysłuchały do końca, podziękowały za śniadanie i kakao. Rozumiecie, kakao na tłustym mleku z cukrem. Wypiły całe kubki, bez wyliczania kalorii i wpisywania do aplikacji dietetycznej.

Wróciły po godzinie i zaprosiły mnie na spacer. Wyczuwałem podstęp.
– Tatuś, wiesz co? – zaczęła Zuza.
– Tatuś? A to coś nowego. Nawijaj.
– Powiedz Bartkowi, że kupujemy ten dom. Zostajemy z wami. Ale nie chcemy mieszkać w tej dodatkowej kawalerce, tylko normalnie w pokojach na piętrze.
– W tym pomieszczeniu zrobimy spa. Będzie mały basen z jacuzzi, sauna, łóżko do masażu. Będziemy organizowały tam babskie spotkania, relaksowały się i ćwiczyły – wymieniała Ala.
– Po czym chcecie się relaksować i co ćwiczyć? – drążyłem.
– Bo my jednak chyba pójdziemy na fizjoterapię, a tego marketingu pouczymy się u ciebie w firmie – wtrąciła Zuza.
Czy ja dobrze usłyszałem? Będą mieszkać z nami, wybrały kierunek studiów, który im jakiś czas temu proponowałem, poznają od środka firmę, którą kiedyś im przekażę, i do tego wszystkiego znowu jestem tatusiem? Muszę zadzwonić do Bartka i mu podziękować. Jednak nie wyprowadzam się do lasu i nie będę budował szałasu.
– Tatuś?! – zaczęły jednocześnie.
Wiedziałem, że nie może być tak pięknie.
– A gdybyśmy jednak chciały w tym pomieszczeniu zrobić taki miniklub? Z barem, małym parkietem, bilardem, fajnym oświetleniem i dobrym nagłośnieniem. To byś się zgodził? – kontynuowała Ala.
– Róbta, co chceta. To pomieszczenie jest wasze. Tylko dajcie znać, na co się decydujecie, bo w razie czego Bartek będzie musiał je wygłuszyć. Zresztą niech lepiej wygłuszy od razu. Skąd mam wiedzieć, co wam za chwilę do głowy strzeli. Tylko nie chcę już słyszeć o wyprowadzkach.
– Tatuś, kochany jesteś. Zostaniemy z wami na zawsze!
– O matko, teraz to już przesadzacie.