Osiedlove #19 Z miłości do… Donalda

Nic nie dzieje się bez przyczyny, nic nie dzieje się bez przyczyny. Od jakiegoś czasu to zdanie powtarzam sobie jak mantrę. Ostatnie kilka tygodni to było pasmo niekończących się dziwnych zdarzeń, które absolutnie nie mogą być dziełem przypadku. Ktoś, gdzieś, musiał to zaplanować. Na pewno nie byłam to ja. Zacznę od początku. Chociaż może jednak od środka.

Kiedy przez przypadek spotkałam na zakupach kolegę ze studiów, tak dobrze nam się rozmawiało, że staliśmy pod sklepem prawie godzinę. Był piątek chwilę po 18:00. Stwierdziliśmy, że szkoda zmarnować taką okazję, więc umówiliśmy się na ploteczki o 20:00 w pobliskiej winiarni.

Wpadłam do domu, rozpakowałam zakupy, zaliczyłam szybki prysznic, zrobiłam lekki makijaż, wskoczyłam w jeansy i t-shirt i byłam gotowa do wyjścia. Chwilę stałam przed lustrem i zastanawiałam się, czy dobrze wyglądam. Może jednak powinnam się bardziej postarać? Nie, no jest ok, przecież to nie jest randka. Zresztą to Kuba. Nie widzieliśmy się kilka lat, ale gdyby tak sięgnąć pamięcią, to widział mnie we wszystkich odsłonach. Dobrych, złych, najlepszych i najgorszych. Nie ukrywajmy, czasami wcale nie byłam najlepszą wersją siebie, bywało różnie. Wszyscy wiemy, że okres studiów rządzi się własnymi prawami. Jest nauka, wspólne projekty, nocna nauka, świętowanie sukcesów, imprezowanie, pocieszanie złamanych serc, opracowywanie taktyki na podryw. Wszystko to przeżywaliśmy razem, ramię w ramię.

Później drogi się rozeszły. Każdy poszedł w swoją stronę. Praca w zupełnie innych branżach i miastach pochłonęła nas na tyle, że kontaktowaliśmy się sporadycznie. Z reguły były to życzenia urodzinowe i święta. No czasami zdarzało się wysłać jakąś głupotę napotkaną w internecie, która ewidentnie kojarzyła się nam z beztroskim studenckim czasem. Wstyd się przyznać, ale nawet nie wiedziałam, że Kuba wrócił do Poznania. Mamy bardzo dużo do nadrobienia.

Kiedy zaczęła dzwonić mi torebka, wróciłam do rzeczywistości. Dobra, czas się zbierać. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jechać na rowerze, hulajnodze czy może lepiej zamówić Ubera. Ostatecznie pojechałam na hulajnodze. Czasowo wyjdzie na to samo, nie chciałam już dłużej czekać. Jak się później okazało, nie był to najszczęśliwszy wybór. Zaliczyłam wywrotkę na ostatniej prostej. Zagapiłam się i za późno próbowałam ominąć dziurę. Nic wielkiego się nie stało, lekko starłam rękę. Było więcej wstydu z własnej nieporadności niż bólu. Oczywiście Kuba wszystko widział. Czekał na mnie przed winiarnią. Nie wyglądał na zdziwionego.

– Dlaczego, jak tylko zauważyłem, że jedziesz na hulajnodze, wiedziałem, że zaraz z niej spadniesz?

– Może dlatego, że przy tobie zawsze przytrafiają mi się dziwne rzeczy?

– Obstawiałbym bardziej, że sport nigdy nie był i raczej nie jest czymś, do czego jesteś stworzona.

– Wypchaj się, była nierówna droga. To nie moja wina.

– Jesteś cała?

– Tylko trochę szczypie mnie ręka.

– Pokaż.

Kiedy Kuba oglądał straty nadgarstek, podszedł do nas starszy pan i podał mi plaster. Widział mój kaskaderski popis i chyba uznał, że potrzebuję pomocy. Zawstydziłam się jeszcze bardziej. Grzecznie podziękowałam, wzięłam plaster i weszliśmy do środka.

– Idź, umyj ręce, ja znajdę stolik i opatrzymy twoją ranę. W sumie szkoda, że rana jest taka mała. Nie będziesz miała blizny upamiętniającej nasze spotkanie.

– Weź ty się puknij w łeb. Blizn z tobą związanych to ja mam całą masę w głowie, pamięci i w sercu. Zamów coś do picia, ja zaraz wrócę.

Jak wróciłam, Kuba oczywiście nie miał ani stolika, ani wina. Stał i gadał z barmanami. Nic się nie zmieniło. Ma wyjątkową łatwość nawiązywania kontaktu i zjednywania sobie ludzi. On zawsze musiał wszystkich znać, zagadywać, żartować.

Kiedy podeszłam, od razu mnie przedstawił jako swoją niezdarną przyjaciółkę z dawnych lat. Barmani momentalnie postawili przed nami dwa kieliszki z winem na znieczulenie bólu powypadkowego. Dlaczego łudziłam się, że o niczym nie wiedzą?

– Pokaż rękę, przykleję ci ten plaster.

Kuba zerwał papierek zabezpieczający i wybuchnęliśmy śmiechem. Okazało się, że plasterek jest cały w Kaczora Donalda. Dlaczego nas to rozbawiło? Otóż Kuba od zawsze jest fanem Kaczora Donalda. Dosłownie maniakiem komiksowym. Motyw tego dziobatego ptaszyska towarzyszył nam przez 5 lat studiów. Dziwię się, że nie ma na sobie nic z podobizną kaczora. Przez niego miałam ksywkę Daisy. W sumie nawet ją lubiłam. Od lat nikt tak się do mnie nie zwracał.

– Przeszło ci? – zapytałam z nadzieją, że odpowiedź będzie twierdząca.

– Coś ty, nigdy mi nie przejdzie.

– To, gdzie masz kaczora?

– No wiesz? Na swoim miejscu. Chcesz zobaczyć?

– Ale ty głupi jednak jesteś.

Wzięliśmy kieliszek, dodatkową butelkę wina i przenieśliśmy się do stolika.

– Przyznaj się, podmieniłeś ten plaster.

– Tak, zawsze noszę ze sobą całą apteczkę. Zwariowałaś. Tylko ty nie doceniasz kaczego fenomenu. Widocznie powinienem siedzieć przy tym stoliku z tamtym panem, moglibyśmy porozmawiać o jedynym, słusznym bohaterze kreskówek.

– Myślę, że mogę cię zaskoczyć.

– Co masz na myśli?

– Nic, nic. Opowiadaj, co się tobą działo.

Kuba zatracił się w pracy i podróżach. Zbierał doświadczenie i jak na niego przystało, zwierał mnóstwo znajomości. Dopiero kilka miesięcy temu postanowił wrócić na stare śmieci i otworzyć własną firmę. Ze mną było podobnie, z tą różnicą, że ja wróciłam dwa lata temu. Przyjemnie się rozmawiało, zupełnie jak za starych czasów. Nie było niezręcznej ciszy czy wypominania dawnych błędów. Nie obyło się natomiast bez wbijania szpileczek. Zwłaszcza gdy przeszliśmy do byłych partnerów czy partnerek. Zawsze mieliśmy odmienne zdanie co do naszych drugich połówek. W naszym odczuciu nikt nigdy nie był wystarczająco dobry, mądry, ładny. Zwyczajnie wszyscy byli nieodpowiedni dla drugiej strony. Teraz oboje byliśmy singlami i jak zgodnie przyznaliśmy, dobrze nam w pojedynkę.

Kiedy podszedł barman i powiedział, że za chwilę zamykają i może nam zaoferować wino na wynos, nie mogliśmy uwierzyć, że jest 1:00.

– Przejdziemy się jeszcze Daisy, czy się spieszysz? –Wziął butelkę wina i wskazał na drzwi.

Przeszły mnie ciarki po plecach. Tak bardzo tęskniłam za Daisy. Dzisiaj chcę znowu nią być.

– Mam lepszy pomysł. Zamówimy Ubera i podjedziemy do mnie. Wezmę tylko klucze i jedziemy dalej. Coś ci pokażę.

– Mam się bać?

– Już możesz zacząć. Od tej pory nic nie będzie już takie samo.

– O nie, to nie wróży nic dobrego.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wskoczyłam po klucze i pojechaliśmy do Kamionek. Jakiś czas temu kupiłam tam dom na Osiedlu Koncept. Wcale go nie potrzebowałam. Mam, gdzie mieszkać i całkiem mi tu dobrze, ale wyskoczyła mi reklama na Facebooku, na której było pokazane wnętrze domu. Coś mnie tam ujęło, poczułam ukłucie w żołądku i ścisk w gardle. Zabrakło mi tchu. To nie był nadchodzący zawał serca ani żadne objawy innej choroby. To był znak, że muszę mieć ten dom. Dokładnie z tym wnętrzem. Muszę, bo inaczej się uduszę. Dosłownie!

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zaprosiłam Kubę do środka. Dom był gotowy do zamieszkania, przenoszę się tu w najbliższy piątek.

Włączyłam światło, weszliśmy do salonu. Serce mi waliło. Trochę się wystraszyłam, czy na pewno powinnam go tu zabrać. Kuba nagle się zatrzymał i mocno ścisnął moją rękę.

– To jest Twój dom?

– Tak.

– Masz wielkiego Kaczora Donalda w salonie.

– Mam.

– Dlaczego? – głos mu drżał.

W tym momencie podciągnął rękaw od białej koszuli. Na ręce miał wytatuowaną Daisy.

Teraz ja oniemiałam. Łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu. Odwróciłam się, żeby nie widział, co się ze mną dzieje.

– Skąd masz ten obraz?

– Młoda artystka malowała go na specjalne zamówienie. Widziałam podobny na wizualizacji salonu, ale za mało odzwierciedlał ciebie. Chciałam, żeby był wyjątkowy. Chyba się udało co? Ale poczekaj, to nie wszystko.

Kuba chyba też walczył ze wzruszeniem albo faktycznie się wystraszył. W każdym razie bez słowa poszedł za mną na górę, cały czas trzymając mnie za rękę. Ja też nie miałam ochoty go puszczać.

Weszliśmy do pokoju, który już za chwilę będzie moim domowym biurem. Na regale stało kilka starych, kolekcjonerskich komiksów Kaczora Donalda i dwie urocze figurki-oczywiście Donald i Daisy. Kiedy je zamawiałam i opowiadałam, jak mają wyglądać miały być normalną dekoracją. Zwykły element wyposażenia domu, pamiątka przywołująca miłe wspomnienia. Nie zdawałam sobie sprawy, że będą miały tak duże znaczenie. W tej chwili to wszystko zaczęło nabierać zupełnie innego wymiaru.

Kuba przyciągnął mnie do siebie i mocno objął. Nigdy tak na mnie nie patrzył. Może patrzył, a ja tego nie zauważałam. Wiedziałam, że teraz moje oczy mówiły dokładnie to samo.

– Ale ty mnie kochasz, co? – szepnął.

– Od zawsze.

Co to był za dzień i noc. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Kuba wyznawał mi miłość średnio co pięć minut. Kiedy sięgnęliśmy po butelkę, którą zabraliśmy z winiarni, wiedzieliśmy, że już inaczej być nie może. Barmani na etykiecie dorysowali nam malutkiego Donalda i Daisy z dopiskiem: „idealne połączenie”. Nie będziemy już dłużej udawać, że jest inaczej. Wreszcie mamy u swego boku kogoś, kto jest wystarczająco dobry, mądry, ładny i odpowiedni dla drugiej strony. I co jeszcze? W piątek do tego domu pełnego znaków wprowadziliśmy się razem. Jest tak, jak być powinno.

 

Pobierz e-book z prawie wszystkimi historiami Osiedlove

Wolisz w wersji papierowej? Napisz do nas: marketing@tefrahouse.pl